- 00:19:18 - 903: nelly tf. kelly rowland: dilemma - soundtrack -
Wczoraj miałem napisac o triduum naszej rocznicy z Lubym, które miało miejsce w miniony weekend. Okazuje się, że lenistwo czasem jednak popłaca, gdyż L. dzisiaj mnie zaskoczył, ale o tym później.
W piątek pierwszy raz byłem w klubie. Pierwszy raz od czasów pamiętnego balu maturalnego. Oczywiście nie liczę Posen, bo w klubie na wychodźctwie to każdy być potrafi. Było lepiej niż się spodziewałem. Ja byłem lepszy niż się spodziewałem. I bawiłem się lepiej niż przypuszczałem. A L. był cudowny. Troskliwy, opiekuńczy, zaabsorbowany mną i zjawiskowy. Jeżeli o jakimś mężczyźnie można powiedzieć, że jest zjawiskowy to właśnie o Ł. z piątku. A najbardziej chyba polubię powroty. Razem, pustym rozświetlonym miastem. I zasypianie u boku Lubego.
Rankiem w sobotę pożegnałem się i pojechałem do domu. Odkurzyłem mieszkanie, ubiłem 30 kotletów co by mięśnie wyrzeźbić, przygotowałem prezent urodzinowy i złożyłem Mamie życzenia. Ubrałem się, niestety po raz ostatni w tym roku, w białe szorty, i w firmowy pomarańcz, na Oryndż nieodzowny.
Scena jak z serialu, L. wysiada z 5xx i kierując się, jak było umówione, pod rotundę, sięga ręką po telefon. Zanim moja nokia rozbrzmiała theme songiem z 'Felicity', wiedziałem, że wybrał mój numer. Szedłem za nim energicznie, ale z gracją by duchota nie utopiła mnie w pocie. W pocie czoła.
- Odwróć się-
- Słucham-
- Odwórć się-
--------------odwraca się i uśmiecha--------------
Na Festivalu towarzyszyła nam O. Cieszę się, że Luby i O. się tak dobrze dogadują. I dobrze wychodzą na zdjęciach, które robią sobie na wzajem. Ola, Luby Ja i Teddybears Sthlm to idealne połączenie, chociaż nie dla moich jasnych butów.
Kiedy O. już poszła, L. powiedział, że wykonanie Dilemma na żywo przez Kelly przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Kochanie, ten rok z Tobą przeszedł moje najśmielsze oczekiwania - dziękuję!
Skoro piątek był Lubego, sobota wspólna - to niedziela była moją działką. Powiedziałem L., że mam niespodziankę i niech szykuje spodnie od garnituru. Po "Ucho gardło nóż" chyba będziemy musieli pojedynkować się w względy Krysi. Nawet podchmielony pan, co chrapał nam nad głowami nie przyćmił jej talentu.
I kiedy już myślałem, że upojny weekend za mną Luby mnie dziś zaskoczył. Ofiarował mi niezwykły kubek, abym zawsze miał Go przysobie. Jesteśmy tam na zdjęciu z Posen. W buzkaczkach.
- 10:33:08 - 902: kylie: wow - soundtrack -
Mój nastrój jest wypadkową ciągłej walki między "Wow" Kylie, a "Running" Eilane Elias.
Obecność
Ł. w moim życiu jest dobroczynnym impulsem, który skłania mnie do wielu
dawniej nigdy-dla-mnie-niewykonalnych działań doprowadzających mnie do
upragnionego stanu ultimate fiercelicious. Osz, nigdy nie
podejrzewałbym się o takie zdanie.
Z własnego wyboru, moje jedyne wakacje w tym roku, to był 72
godzinny pobyt w Posen, wraz z Ł. oczywiście. Mina Ł. była nietęga, gdy
wchodziliśmy po starych zdeformowanych schodach kamienicy przy
Półwiejskiejm a tynk na ścianach klatki schodowej trzymały tylko
pajęczyny. Na za-wysokim-piętrze jak na kogoś z bagażem z dwiema
kosmetyczkami pełnymi kremów, balsamów, zapachów innych niezbędnych
akcesoriów, czekała na nas przytulna recepcja z jąkającym się panem,
który tubylców witał "Hi, what's your name", a napływowych dewizowców
"poproszę o nazwisko".
Piętrowe łóżko pamiętam tylko z dzieciństwa, z Bemowa, gdzie
bliźniacy urządzali kolejne wojny światowe, w przerwach w przegrywaniu
ze mną w miasta państwa. Mieliśmy również jedną komodę i krzesło, na
którym Ł., przykładny hostelowiec rozstawił laptop. Kiedy ja wertowałem
darmowy przewodnik, On próbował haseł do bezprzewodowego internetu.
Hasła nie działały. Uszy Hiszpana, który siedział w common room chyba
również. Mówiłem po polsku, angielsku i w dialekcie przypominającym
niemiecki, chłopak nie reagował, tylko przeglądał jakieś zdjęcia w
ramach picassy.
W Posen lało. Tak lało, że gdy szedłem z Ł. do swojego pierwszego
klubu, moje spodnie zafarbowały mi buty. Było zupełnie inaczej niż się
spodziewałem. Połączenie obozu integracyjnego z atmosferą gejowskiej
"Casablanci". Całkiem intrygująco. A Ł. był cudowny.
- 22:49:52 - 901: judy garland: get happy - soundtrack -
Śpiewam z Judy Garland. Na początku praktyk śpiewałem raczej z
Aqualungiem, ale teraz to jest już Judy pełną Gębą. Jednocześnie
odkrywam uroki Saskiej Kępy, która jest pełnym zieleni
mikromiasteczkiem, żyjącym samym dla siebie jakby w jakimś frywolnym
serialu telewizyjnym. Myślę tak sobie o tych wszystkich ludziach
przystających na ulicach i rozmawiających o bananach w cenie dnia,
kiedy akurat nie wyobrażam sobie siebie na kolanach pomnika Osieckiej.
Praktykuję w skrzydle willi. Zasilanie skrzydła znajduje się przez
kargulowy płot i kiedy podczas ostatniej burzy siadło zasilanie,
wynajmujący, zacny przedwojenny staruszek, powiedział, iż będąc
Pawlakiem przelazł przez płot Kargula i przełączył korki kijem. Mam
własny komputer i 8 portów USB. Własne słuchawki faksowe i
telefoniczne. Własne numery spraw, własny bałagan w szufladzie i jestem
Panem Tomkiem. Bycie Panem Tomkiem jest bardziej przerażające niż
pozew, który pisałem od zera dotyczący cybersquattingu.
Uczę się wiele, a umiem nadal nic. Trzaskam pozwy formularzowe, wnioski
o nabycie spadku, powództwa adhezyjne, wezwania do zapłaty, produkuję
odcinki akcji i protokoły. O sztandarowych wnioskach do KRS i innych
pismach procesowych nie wspomnę. A jutro zostaję z Panią mecenas sam na
sam i mam straszne lęki, że np. odbierając telefon nie wyciszę
słuchawki i niepożądany rozmówca usłyszy jak Pani mecenas mówi "Panie
Tomku, niech Pan powie, że jestem na spotkaniu". Boję się jak Rory,
kiedy miała powiedzieć Lorelai, że nie idzie na Harvard.
Weekendy spędzam z Ł. Jestem szalony w swojej miłości. Cieszę się
dotykiem, szeptem i oddechem. Cieszę się awansem Ł. I satysfakcją z
tego, że ja mówiłem, że Go docenią, a On mi nie wierzył. Cieszę się, bo
jest szczęśliwy. Cieszę się, bo chce się dzielić to radością ze mną.
- komentuj: - mail - skomentuj -
- 20:57:13 - 900: altered images: see those eyes - soundtrack -
Muszę odnaleźć pewność siebie. Jak najszybciej. Toteż przeszczep włosów
nie wchodzi w grę. Wbrew przypadkowi Hilarego na czole pewności nie ma.
Nie ma jej również w szafie, gdyż nie mam żadnego garnituru który
podkreślałby to, iż nie jestem szafą trzydrzwiową - jeszcze. Pewności
siebie nie dodało mi również to, iż terminal w H&Mie odmówił
zaakceptowania mojej karty kredytowej. Gdybym miał syndrom
nadpobudliwego nadgarstka trzymałoby mnie przy życiu tylko to, że nie
stało się to w Zarze. Stary dobry ja rozczarował się tym, iż nie
przecinają już kart kredytowych wielkimi nożyczkami. Mój światopogląd
się załamie, jeśli okaże się, że przecinanie zostało wymyślone tylko i
wyłącznie dla potrzeb komedii klasy B i nigdy nie miało miejsca.
Pewność ta potrzebna mi jest do praktyk. Na różanej Saskiej Kępie. A
jak wiadomo nie ma róży bez kolców. Pamiętam jak po zakończeniu rozmowy
kwalifikacyjnej powiedziałem coś w stylu "dziękuję bardzo za
zaproszenie. mimo, iż urodziłem się w Warszawie po raz pierwszy byłem
na saskiej kępie". W sekundzie jak to padło z moich ust spaliłem się ze
wstydu i została ze mnie garstka radioaktywnego popiołu jak z drugiej
części Terminatora. Jak byłem mały zawsze zamykałem oczy w scenie gdy
Sarah Connor miała wizję na placu zabaw.
Widocznie jednak moje tłumaczenie opinii prawnej musiało nie być tak
bardzo okropne, gdyż zostałem zaproszony na lipcowe praktyki. Kolejna
kancelaria zaprosiła mnie na sierpień, a rzecznik przemagluje mnie we
wrześniu. Teraz już wiecie dlaczego mi się tak kolana trzęsą? Mam
jednak swoją wizję, której będę się trzymał aby w końcu zdobyć
upragniony etat w Allen & Overy, nauczyć się płynnie mówić po
rosyjsku i być celem dla headhunterów. Marzenia...
- 23:12:38 - 899: martin solveig: beauty false - soundtrack -
Cykl egzaminów przeplatanych z kolejnymi rozmowami kwalifikacyjnymi
trwa w najlepsze. I gdziekolwiek nie jestem, czy w Biurze Rzecznika
Praw Obywatelskich, czy w znanej kancelarii przy Kopernika, udając że
się nie pocę, myślę tylko o wyjeździe z L. do Wrocławia. Myślę też o
tym, jak powiedzieć o tym rodzicom, gdy zapytają. A z kim jedziesz?
Skończy się na pewnie: "z wiecie kim".
A potem będzie krew, pot i łzy. Oraz maść na hemoroidy. Ona jest
recurring character. A na koniec i tak zrobię to, co będę chciał, bo
wiem, że warto.
Gdybym miał wystarczająco wiele samozaparcia świetna książka by z tego
była. I tantiemy niemarne. A potem serial, a na końcu zrobiłbym dwie
rzeczy. Zatańczył w Tańcu z Gwiazdami, i podyktował moje hity w VH1
kończąc nagranie słowami " takie this Pawle Małaszyński".
- 16:25:31 - 898: juvelen: they dont love you - soundtrack -
Od dwóch miesięcy zachwycam się Juvelenem. Jeśli nie dłużej. Nie dość, że ma facet odwagę - nakręcił teledysk koncentrujący się prawie wyłącznie na jego twarzy. Dla zakompleksionego mnie - przerażająca perspektywa. To jeszcze ujmuje mnie tym, iż nosi kwiaty we włosach. Jak Ciotka Barbara. Powtarzam to do znudzenia, Ciotka Barbara byłaby idealnym przykładem starej panny gdyby swego czasu nie usidliła pewnego Holendra o ospowatej twarzy. W każdym razie kiedyś, jak miałem może 4-5 lat Ciotka Barbara bawiła z wizytą w naszym starym warszawskim mieszkaniu.
Pewnego dnia wstałem a Ciotka Barbara stała przed wielkim lustrem - od sufitu do podłogi prawie. A swoich pięknych kasztanowych włosach miała wpiętą kremową lilię. Tego widoku nie zapomnę do końca życia.
Wracając do Juvelena, skoro go tak bardzo lubię, to zapewne już za miesiąc usłyszymy go wybierajac banany w Tesco, zaraz po komunikacie o tym że Pani Michalina proszona jest do stanowiska agd.
Ogólnie właśnie w tym momencie, zamiast się uczyć poszukuję kogoś na spacer. L. jest poza miastem niestety, dlatego moge albo się uczyć albo rozkoszować się rodowiczowym bzem.
"M. powiedziała, że mogę nosić rurki. Zaczyna się nowy etap w moim
życiu ponieważ nigdy nie myślałem, że będę mógł nosić patykospodnie.
Wszystko zaczęło się wczoraj, wracałem z korków z angielskiego i
zamiast wziąć autobus (dobra, dobra nie oszukujmy się nie był to żaden
życiowy wybór, nigdy nie jeżdżę autobusem gdy jest to mniej niż 4
przystanki) przeszedłem koło zabytkowego ujęcia wody i tuż obok mojej
ulubionej beztwarzej kamienicy skręciłem w Nowy Świat, zamiast
klasycznie kierować się Świętokrzyską. No cóż, każdy chyba lubi od
czasu do czasu przejść się Chmielną i poudawać, iż jest się jednym z
tych estetycznych chłopców, którzy noszą apaszki do Hermesa?
W każdym razie wyobrażałem sobie, iż noszę burgundową apaszkę od
Hermesa, kiedy natchnęło mnie aby wejść do Livajsa, którego kolekcja
była przedmiotem reinwencji w jednym z ostatnich odcinków Project
Runway. Pstrokaty pan ekspedient powiedział mi "dzień dobry".
Fascynujące, że sprzedawcy pierwsi witają Cię zazwyczaj tylko w
sklepach, w których cena pojedynczego artykułu zaczyna się od 300
złotych. U mnie ze spodniami jest tak jak z pracami ciotki Teresy na
wystawie w Zachęcie. Gdy zobaczę jedno, idealne, wszystkie pozostałe
płótna ze szpilkami przestają się liczyć. Klasyczne, intensywnie
granatowe, z odcinającymi się acz nie przekombinowanymi szwami. Takie,
które jeśli dobrze wybrane będziesz nosić do 35 roku życia, a czas dla
Twojego tyłka stanie w miejscu. Ot Livajs klasyczny.
Przegrzebałem 30 par szukając swojego rozmiaru. Musiałem zrobić
bardzo niemiłosierną minę, gdyż zawadiacka chłopczyca spytała się mnie,
czy nie mogę znaleźć rozmiaru.
- Niestety nie. - odpowiedziałem
- A jakiego pan szuka? - zawadiacki uśmiech (zdejmuję słuchawki, gdyż zanosi się na dłuższą konwersację)
- XX na 32.
-
Jeden był w dostawie i spóźnił się pan. Kolega sobie przywłaszczył. -
(zza pleców wyłania się pstrokaty) - Hej, kiedy upierzesz te rurki?
(pstrokaty nawet dość urokliwie kręci głową nie zamierzając żegnać się z prawie moimi spodniami)
- Widzi pan, niestety ten rozmiar musieliśmy zamówić.
- Kiedy będzie dostawa?
- Zapraszamy w poniedziałek.
- Dowidzenia.
I tak nie mam ani burgundowej apaszki od Hermesa ani rurek.
Ponoć niektórzy ludzie nigdy nie dojrzewają. Ten banał dotyczy również
mnie. Zachowuję się jak przedszkolak, który co tydzień chce być kimś
innym. Co do zasady chcę być Gregiem Berlantim, ale w między czasie
chciałem zostać Justyną, Adamem Levinem a ostatnio Christianem Siriano.
Wygląda on prawie przeciętnie, co po stosownej operacji czyni to jego
twarz osiągalną dla mojej zdeformowanej.
Ano, przechodzimy do rzeczy. Ostatnio usłyszałem, że mam zdeformowaną
twarz. Nie wnikajmy od kogo. Co zamiast skumulować we mnie złość,
odkurzyło raczej oceany niepewności siebie. Zaalarmowałem M., A. i
Cin'a by taktownie zaprzeczyli mojej deformacji. M. wypełniła swoją
misję niczym naczelny Scjentolog, A. ze mną się droczył a Cin.
stwierdził, że nie pamięta jak wyglądam, czym skutecznie odwiódł moje
myśli od deformacji.
Dlatego w tym tygodniu zostaję niemiłosierną bitchą jak Christian. Będę
mówił fierce, będę asertywny przechodzący w bezczelny. Będę witty i
sassy. I wygarnę w końcu T., że potraktował mnie niesprawiedliwie. W
zasadzie to już uczyniłem. Byłem bardzo niemiły i jestem z siebie dumny.
Na ukoronowanie przemiany los zesłał mi Agnieszkę i Magdę, które w
dwugłosie stwierdziły, że bardzo się zmieniłem od czasów gimnazjum.
Moja miłość własna przebudziła się z hibernacji i porządnie pokrzepiła.
A tak na prawdę, to życie mi sie rozpada jak niezakonserwowana figurka z taniej plasteliny. (gadz)
- komentuj: - mail - skomentuj -
"I want my love, my joy, my laugh, my smile, my needs
Not in the star signs
Or the palm that she reads
I want my sun-drenched, wind-swept Ingrid Bergman kiss
Not in the next life
I want it in this
I want it in this"
Niedawno skończyłem "tydzień domknięcia" jak nazwałem czas różnych
rozstrzygnięć podczas rozmowy z Cinem. Mieliśmy jeździć tramwajem na
przemian w obie strony jak prezenterzy VIVY swego czasu, ale nic z tego
nie wyszło. Z powodu korków i tłoków gronkiewicz-waltzowych. W związku
z tym na stołku barowym siedząc mogłem ponownie podziwiać szary sweter
Reserved i stwierdzić, że Cinowi. brakuje garderobianych talentów
Justyny. O Justynie już czytaliście, ale będzie o Niej jeszcze dziś.
Nie chcąc urazić Cina - w rozmowach jestem bardzo taktowny, delikatnie
powiedziałem Mu o tygodniu domknięcia, który tak na prawdę trwał 10
dni, gdyż zaczął się w poniedziałek właśnie swetrowym spotkaniem, a
zakończył w środę minioną moim pierwszym seminarium. Ideą tego tygodnia
było zamknięcie pewnych moich nieeleganckich I przeszłości, zebranie
pozostałych kawałków i ewentualnie stworzenie czegoś nowego (równie
błyskotliwego jak Bóg da) oraz rozpoczęcie zupełnie nowego etapu - w
tym wypadku chodzi o moją skromnie pojętą przyszłość naukową.
English-speaking people nazwali by to być może "figuring out-week". Nie
wyszło mi niestety. Przyszłość moich zachwianych relacji nadal jest nie
wiadoma. Wiem, że przez moje idiotyzmy błyskotki towarzyskie nigdy już
nie będą takie same i pytanie brzmi, czy jestem gotów zainwestować
ponownie siły, by otrzymać nieznany efekt. Brzmi sucho, ale sedno jest
takie, iż zawsze będę tęsknił za tym, co straciłem w mych relacjach z
M. czy Cinem i nie mam zielonego pojęcia, czy to nowe zaspokoi mój
apetyt na Nich. Na szczęście Cin. się wyeksportował (niestety nie
omieszkał mnie zakłopotać smsem o wiosennym twarożku), a z M.
taktycznie milczymy.
Z innych zdarzeń, tym razem otwierających. Justyna (obiecywałem, że
cudno-nimfna koleżanka z roku jeszcze się pojawi!) zauważyła kolejny z
prezentów od Lubego. Wiedziałem, iż kłopotliwe pytania mogą się pojawić
toteż wyćwierkałem za wczasu przygotowaną historyjkę o podążaniu z
duchem czasu i inne takie. Justyna przekonana nie była, ale uznała, iż
to nie Jej sprawa, toteż taktownie swoją niewiarę i mój brak talentu
bajkopisarza przemilczała.
Było również seminarium. Oj było! I wcale niekompetentnym się nie
czułem. Gorzej, chciało mi się parsknąć śmiechem, gdy dumna studentka 4
roku prawa zaczęła swój referat o przepływie towarów od ich definicji.
Są pewne granice lenistwa (skończyła na Casisie! i Kecku!). To wszystko
nie zmienia faktu, iż wykrystalizowałem temat swojej pracy
magisterskiej.
- 23:25:14 - 891: m.i.a.: boyz - soundtrack -
Luby miał w ręku gazetę. Stałem po środku tej najbrzydszej ze stacji
metra, kojarzącej mi się z bisexualnymi toaletami, zgniataczami do
puszek oraz unikaniem uwięzienia w wagoniku z tymi wszystkimi
super-cool-party people z mojego liceum i byłem zdenerwowany.
Zapomniałem czegoś bardzo ważnego z domu, spieszyłem się, a On z
rozbrajającym uśmiechem mówi, iż widzimy się tylko po to, by mi mógł
wręczyć gazetę. Mam wrażenie, że kąciki ust zadrgały w fazie
embrionalnej grymasu zanim wyjął ze środka kopertę.
Większa niż na zwykły list, bez stempla, z imieniem i nazwiskiem
adresata nakreślonym równie nieczytelnym co majestatycznym pismem.
Spoglądam pytająco i wyjmuję zawartość z kalifornijskiej przesyłki
(adres z Beverly Hills prawie jak 90210). A tam łaskoczą mnie piękne,
błękitne oczy, prawie tak ładne jak u Lubego. Robi mi się gorąco, mam
rybio otwarte usta a w głowię słyszę mieszankę Yoko Ono z The Free
Design. Ł. się coraz bardziej uśmiecha jednocześnie przepraszając że
nie do końca taka jak chciał i w ogóle. A ja nadal nic nie mogę z
siebie wykrztusić patrząc na zdjęcie, sądząc po zmarszczkach zrobione
około 6 lat temu, podpisane "all the best Lauren Graham". Co z tego, że
z powielacza, co z tego, że wysłane przez opłaconego PRowca. To Lauren
Graham w moich dłoniach, wręczona przez nikogo innego jak Ł.
- komentuj: - mail - skomentuj -
- 22:45:55 - 890: princess superstar: perfect - soundtrack -
Robię widły. To fascynujące, nie mam zielonego pojęcia jak produkuje
się jakikolwiek osprzęt rolniczy, a z igłą ostatni raz miałem do
czynienia na ZPT w czwartej klasie szkoły podstawowej, kiedy to
cerowałem skarpetki, jednakże potrafię robić z igły widły. I jestem w
tym dobry.
Podobnie jak w cerowaniu skarpetek. Kono-jędzo-packa, która zapewne
była pierwowzorem Dolores Umbridge i potomkinią Panny Minchin w linii
prostej, spytała się mnie, kto tak dobrze zacerował za mnie tę dziurę.
To był swoisty komplement, tak jak 5- w dzienniku. Jeśli chcecie się
przekonać o niezmiernej przebiegłości Pani Konopackiej przytoczę Wam
pewną historię. W klasie 3 mieliśmy robić stroiki świąteczne. Parę
szyszek, kartonowych prezentów, świeczek i palco-masakrujące igliwie.
Byłem niezmiernie dumny ze swojego klasycznego kolorystycznie (bordowy
i złoty) stroika. W swym niezmiernym sprycie Pani Konopacka
stwierdziła, iż współklasowicze będą mogli przyznać każdemu nie swojemu
stroikowi plus. Podsumowując ja dostałem 5 plusów, co było mniej więcej
gdzieś w połowie stawki, Usłyszałem od Pani profesor "iż Twoi koledzy
muszą Cię bardzo lubić".
Wracając do wideł. Właśnie się zastanawiam, czy mieszanka "płonących
serc" i "serca dżungli" (aromatyzowane zielone herbaty) nie spowoduje
kolejnej wizyty na SORze w Szpitalu MSWiA. Poza tym zacząłem przejmować
się moim egzaminem z Unii Europejskiej, gdyż dzisiaj śniło mi się, iż
na każde pytanie otwarte udzieliłem odpowiedzi nie na temat. Śniła mi
się jakaś mapka, którą rysowałem na arkuszu egzaminacyjnym, która
bardziej przypominała Faerun niż współczesny Stary Kontynent. A na
końcu znowu uśmiechał się do mnie rzeźnik z Lipowej - to źle wróży w
całej rozciągłości.
Po długim czasie odezwał się A.
A.: A jak się miewa Twoja osobowość?
Gadz.: Próbuję pogodzić bycie retro z przebojowością i nie popaść w Dehnelowość, czyli
ciężko.
Jestem szczęśliwy. Stąd wpisów niewiele.
- komentuj: - mail - skomentuj -
Justyna ma wszystko. Jest jak Donna Reed, jak Marta Stewart
pomijając epizod z niewielkimi malwersacjami. Uzmysłowiłem to sobie,
zdumiewająco dla mnie – gdyż bez zawiści, kiedy tak podążałem Krakowskim
Przedmieściem dziesięć kroków za Jej smukła sylwetką. Liczyłem ilu mężczyzn się
za nią obejrzy.
Długie blond włosy, wielkie oczy i anegdotki na podorędziu.
Każda stosowna, każda cięta i dowcipna, kończąca się w miejscu daleko od
znużenia. Justyna ma to szczęście, że w sposób nadprzyrodzony łączy
inteligencję z urodą , dobrym wychowaniem i gustem. Każde ubranie, nawet te
męskie spodnie i ciepły żakiet wyglądają jakby były szyte specjalnie dla niej.
Justyna nadaje najtańszemu swetrowi z Reserved uroku fatałaszku pokazywanego na
najświeższych pokazach w Paryżu, czy Mediolanie.
Gdyby szła plażą na pewno jej stopy nie zapadałyby się w
piasku.
Justyna wie co chce robić w przyszłości, ma szczęśliwy
dostatni dom, konserwatywne poglądy i zasady moralne. A najgorsze jest to, że
jest tak bezpretensjonalna w tym swoim nadprzyrodzonym jestestwie, że nawet nie
mogę jej zazdrościć.
Za to ja jestem anytJustyną, mam akurat na tyle szczęścia by
wiodło mi się na jednym polu. Gdy magister Morek wpisując mi „bardzo dobry” z
ćwiczeń z prawa cywilnego, zwraca się do mnie „gratuluję wierny druhu”, z Ł. wiedzie
mi się coraz bardziej beznadziejnie. Ale czego można oczekiwać od związku dwóch
teletubisiów., którzy jak wiemy tylko przez jakiś przypadek zostali wykreśleni
z listy chorób WHO. W każdym razie, gdy jeden jest neurotycznym egoistą, a
drugi super cool party olewaczem no to nie może z tego wyjść nic najlepszego na
dłuższą metę, prawda? Nie ważne, nie myślę o tym.
Dlatego też koncentruję swoje siły, na wkupieniu się w łaski
Marii Pupino, bo ona razem z paniami Defrenne i Colson, jest moją przyszłością.
Noszę głowę wysoko, testuję na nieświadomych moje „queer look’i” i „gay walk’i”.
Od niechcenia zbieram komplementy od przypadkowych osób odnośnie różnych części
mojej garderoby. I tak jak Olga przechodzę kurs asertywności. Tylko w
przeciwieństwie do niej, ja zań nie płacę.
Pomyślałem o M.:
And she's
my friend of friends
She's still here
When everyone's gone
She doesn't have to say a thing
We'll just keep laughing all night long
All night long
- 14:25:31 - 888: a house: call me blue - soundtrack -
Czym różni się w wyglądzie emo chłopiec od emo dziewczątka? Idealne pytanie na quiz w TVN Gra. Okazuje się, wiem to z obserwacji pewnego stadnego zgromadzenia pod wejściem do stacji metra centrum, że odpowiedź "biustem", nie jest najtrafniejsza. Zasadniczo z daleka płeć emo jest tak trudno zdefiniować, jak płeć kurczaka. Do tego potrzebni są sexerzy, bo nawet wzrost może mylić.
Poza przykładami stylu emo, w godzinach wczesnopopołudniowych w metrze można spotkać jeszcze jedną grupę młodych ludzi. Tych co wyskoczyli z reklam Zary, co jest zapewne osobistą tragedią dla Joanny Horodyńskiej, dla której moda to zabawa - wypowiedź z ostatniej edycji New Look, której powtórkę podejrzałem jedząc obiad.
Te wszystkie znamienne obserwacje poczyniłem wracając z testu zdolności analitycznych.
***
Miła Pani Marta zadzwoniła do mnie w środę późnym popołudniem, i radosnym głosem zaprosiła mnie na pierwszy etap rekrutacji na płatne praktyki w ING. Spotkanie miało się składać z testu zdolności analitycznych i oceniania danych liczbowych (prof. Święcka przerwaca się w tramwaju pewnie). Zoatałem zaproszony do niedużego biurowca na Powiślu, pod którym sapałem z 10 minut próbując złapać oddech i doprowadzić się do jako takiego porządku po jak się potem okazało zupełnie niepotrzebnym sprincie w pogoni za 166.
W recepcji jak w recepcji, kolejna z miłych pań przypisała mi numer, zaksięgowała w liście gości i kazała czekać pośród pozostałych konkurentów. Jeden duży o niezbyt rozgarniętym wyrazie twarzy, w wyciuchanym swetrze nie pasującym nawet do casual friday. Drugi dodwał sobie nonszelancji brakiem krawata do żałobnego garnitury. Trzeci, według mnie konkurent najgroźniejszy, miał przenikliwy wzrok i rewelacyjnie połączył żółty sweter z fioletem kołnieżyka.
Próbuję wymazać z pamięci sposób w jaki podałem rękę Pani Marcie na powitanie.
Przeszklony ready room jak w typowym open space'ie. Krzesła z katalogu biurowego z niebieskim obiciem, a po środku owalnego stołu biały serwis do kawy, z którego każdy z nas mógł skorzystać. Nie skorzystał żaden.
Test w stylu amerykańskim. Dwa budziki, i wyścig szczurów gwarantujący powrót Pani do swojej zawartej w umowie pracy, podczas gdy my rozwiązywaliśmy zadania. Lubię niełamiące się ołówki i to, że umiem zwracać uwagę na różnicę między "zawsze", a "zwykle".
Gdy wracałem do domu, przywrócony do porządku, oglądały się za mną gimnazjalistki. To chyba nienajlepiej.
- 22:56:26 - 887: of montreal: the party's crushing us - soundtrack -
Bierze pan wszystkie trzy bluzy? - szukając karty nie zwracam uwagi na pytanie młodziana nie patrzącego mi w oczy
Czy kupuje pan wszystkie trzy bluzy? - powtórzył składając szaro-zieloną M-kę.
Tak. - tym razem usłyszałem, bo plastykowy pieniądz jest bardzo łatwy.
Wyrzuty sumienia poczułem dopiero jadąc autobusem. Z okien widoczne
były ceraty i obrusy rozłożone na wilgotnym chodniku, na których czezły
próbki z gazet, buty, jednookie lalki i niekompletne puzzle. Skuleni
zakończeni moherowo 'sprzedawcy' rozgrzewali się rozmową i w milczeniu
gardzili, słusznie z resztą, plastykowymi wersjami mnie.
Kiedy mając 38 stopni gorączki przeglądałem aukcje na Allegro, i przypadkowo kliknąłem na bluzę z kapturem, nie wiedzieć czemu przypomniał mi się sklep Croppa i jakieś wspólne przeglądanie ubrań w cepelię. Okropnych ubrań. W ogóle, mi się nie podobały. Ale za każdym raze, gdy widzę dziewczynę w czymś z tej kolekcji, myślę o M.
Albo w piątek, oglądając hostele w Bukareszcie i martwiąc się przesiadką w Wiedniu. Wiedziałem, że M. przesiadką w Wiedniu na pewno by się nie martwiła. Bo to zwykle M. była facetem. Z resztą teraz już wiecie czemu.
Czasem w myśli żartowałem sobie, że powielam schemat, w myśl którego tacy jak ja są najlepszymi przyjaciółmi kobiety. Tak bardzo obawiałem sie stereotypów i proszę, mam to, czego chciałem. M. teraz jest w moim życiu w postaci przykurzonego bloga i paru konających smsów. I patrzy się na mnie na gronie. Na moim własnym profilu.
Jak to jest, że w obcym języku pewne słowa nie brzmią tak patetycznie, jak po polsku. Po rosyjsku zawsze wszystko brzmi śmieszniej. A może to chodzi o to, że to są słowa wypowiadane w odpowiedniej chwili i miejscu, i właśnie wtedy tracą swój patetyczny polot, bo trafiają tam gdzie mają trafić.
W każdym razie, jak to mawiają, w życiu nie ma do-overs, trzeba dokonać swoich wyborów, żyć z nimi, a na końcu stać się nimi. Moje wybory, to w większości wybory tchórza. Niestety wpłynęły również na M., za co jest mi niezmiernie przykro. Skrajni egoiści maję ten komfort, że nie wiedzą, kiedy robią świństwa, kiedy narażają czyjeś zaufanie. Mnie brakuje przydawki "skrajny".
Czy nie żałuję. Oczywiście, że żałuję. Zapewne z tym uczuciem stanie się niedługo to samo, co z szampańskim kolorem 7 letniej Astry Classic. Ale cóż, wybieram jak tchórz, przedkładając komfort, przed powinnością.
Ostatnio obejrzałem Exils. Zły wybór, powinien być Central do Brasil. Bardziej żewny.
- komentuj: - mail - skomentuj -
- 12:03:39 - 885: swan dive: circle - soundtrack -
Ala miała rację. Swego czasu, w łączniku, koło szafek, powiedziała mi, że jestem gejem. Z grzeczności zaprzeczyłem, ale Ala, bystra dziewczyna, wiedziała, ze skłamałem, i wiedziała zapewne również to, że nie powiedziała mi niczego, czego bym o sobie wcześniej nie wiedział.
Oczywiście puszczam teraz do Was oko, bo przecież nie tylko z grzeczności zaprzeczyłem. Trochę ze strachu, bardzo ze strachu raczej. Teraz to jednak mniej istotne. Na studiach nie jestem ograniczony do kręgu 60 osób, i mogę sobie na więcej pozwolić, eksperymentować, sprawdzać jak inni reagują na mnie. Jestem bardziej dojrzały by nie chcieć kisić się w wodzie z ogórków.
Z drugiej strony, nie będę chodził w Tee'sie w kolorach tęczy, z "faggot" wypisanym na czole. Po prostu, najwyższy czas na pewną szczerość wobec bloga (Czytelników). Najśmieszniejsze jest w tym wszystkim to, że fakt mojego bycia gejem niczego nie zmienia. Na pikiety chadzał nie będę, wierzę w podatek liniowy, i głosuję na partie prawicowe.
I czy na prawdę na świecie nie ma nic gorszego niż być brzydkim gejem? Musi chyba być jeszcze coś. Prawda? Chociaż z drugiej strony. według statystyk to geje mają lepsze posady, wyższe IQ (niekoniecznie w moim przypadku) i ciekawsze życie od swoich powszechniejszych odpowiedników. Mhm.
- 22:44:54 - 884: cafe tacuba: el metro - soundtrack -
Już dokładnie wiem jak będzie wyglądała czołówka mojego pierwszego serialu. Na razie mogę zdradzić jedynie, że będzie tam Wietnamka jadąca na holenderce. Na rowerze takim, oczywiście. W tle moja nowa-stara miłość, czyli XTC en Espagnol, Cafe Tacuba, w 'hicie' o wiele mówiącym tytule "el metro". Jak to mawiają znawcy serialo-techniki, theme song musi mieć distinctive tune. Czy "tududu" w wykonaniu Rubéna Isaaca Albarrána Ortegi nie jest wystarczająco wyróżniające się z tłumu? Zwłaszcza w porównaniu z polskimi "życiami nowelowymi", "m jak miłościami", "piszesz mi w liście". Moja czołówka będzie puszczeniem oka do "Kontrolerów" i "Gabmore Girls" z MAD TV w jednym. Ano. Popmiszmasz, jak mój umysł.
A teraz czas na obserwację życia stadnego.
Kiedy w Złotych Tarasach pojawia się najwięcej studentów? W tygodniu wypłaty stypendiów naukowych. Ich wysokość na WPIA jest tak śmiesznie mała, że nie da się zrobić z nimi nic innego, jak wydać w Pull&Bear czy innym Croppie. Ewentualnie, jak już wspomniałem, opłacić 2 miesiące zajęć z lockingu. Co też zamierzam rychło uczynić.
Za resztę kupiłem 2 bilety na "Nie chcę spać sam" i zamierzam obejrzeć pierwszy w moim życiu film malezyjski.
Konkludując robię wszystko, by uniknąć rozwiązywania prawdziwych problemów w moim żuciu i wyszukuję kwestie zastępcze. Do miłego!